### Miami – tropiki, Art Deco i kubański rytm
O zachodzie słońca lądujemy w Miami.
Jeszcze kilka godzin wcześniej byliśmy w chłodniejszym, monumentalnym Waszyngtonie, wśród pomników, marmurowych budynków i miejsc związanych z historią Stanów Zjednoczonych. Teraz otwierają się drzwi samolotu i od razu dostajemy zupełnie inną dawkę Ameryki.
Gorąco.
I wilgotno.
Powietrze jest ciężkie, lepkie i zupełnie inne niż wszystko, czego doświadczyliśmy podczas poprzednich dni. Odbieramy bagaże, ruszamy samochodem i kierujemy się w stronę Miami Beach.
Po rozpakowaniu nie mamy ochoty siedzieć w hotelu. Idziemy prosto na plażę.
Wieczorna bryza od oceanu przynosi trochę ulgi. Jest ciemno, ciepło, a ocean szumi kilka metrów od nas. Po intensywnych dniach spędzonych na zwiedzaniu Nowego Jorku i Waszyngtonu wreszcie możemy trochę zwolnić.
Ale Miami oczywiście nie pozwala całkiem zwolnić.
Ruszamy na Ocean Drive.
### Ocean Drive
Wieczorem Ocean Drive wygląda dokładnie tak, jak wyobrażaliśmy sobie Miami.
Kolorowe światła, palmy, restauracje, muzyka i przede wszystkim charakterystyczne fasady budynków w stylu Art Deco.
South Beach ma jedną z największych na świecie kolekcji budynków Art Deco. Większość z nich powstała w latach 20. i 30. XX wieku. Charakterystyczne zaokrąglone narożniki, geometryczne ornamenty, poziome linie i pastelowe kolory sprawiają, że ta część miasta jest niemal nierealna.
Spacerujemy wzdłuż Ocean Drive, zaglądamy w kolejne uliczki i podziwiamy budynki, które wyglądają jak gotowe scenografie filmowe.
Miami Beach ma zresztą z filmami i popkulturą bardzo silny związek. Trudno przejść kilkaset metrów, żeby nie mieć wrażenia, że za chwilę zza rogu wyjdzie jakiś bohater serialu.
Po drodze oglądamy również dom znanego projektanta, a później siadamy w jednej z restauracji.
Pierwsza kolacja w Miami musi być oczywiście związana z morzem.
Owoce morza smakują tutaj wyjątkowo dobrze, a do tego dochodzi atmosfera Ocean Drive, ciepły wieczór, szum oceanu i muzyka na żywo w tle.
Miami właśnie oficjalnie nas przywitało.
### Bieganie jak z amerykańskiego filmu
Następnego ranka nie odpuszczam treningu.
Tym razem bieganie po Ocean Drive.
To chyba jeden z tych momentów, kiedy można naprawdę poczuć się jak bohater amerykańskiego filmu. Palmy, ocean po jednej stronie, charakterystyczne budynki po drugiej, a przede mną szeroki bulwar ciągnący się wzdłuż plaży.
Jest tylko jeden problem.
Temperatura.
W Miami trzeba nauczyć się jednej rzeczy – jeśli chce się aktywnie spędzać dzień, trzeba robić to rano. Wschód słońca, kilka kilometrów biegu i powrót zanim słońce na dobre rozgrzeje miasto.
Później robi się po prostu za gorąco.
Po śniadaniu ruszamy na Key Biscayne.
### Key Biscayne – Miami w wersji spokojnej
Key Biscayne jest zupełnie inne niż South Beach.
To wyspa położona tuż przy Miami, połączona z lądem długą Rickenbacker Causeway. Wydaje się jednak, jakby była od miasta oddalona o wiele bardziej.
Zostawiamy za sobą wieżowce i wjeżdżamy w znacznie spokojniejszy, bardziej tropikalny krajobraz.
Palmy, plaże, zieleń i ocean.
Spacerujemy, podziwiamy okolicę i zatrzymujemy się na obiad w przyjemnej kubańskiej knajpce przy plaży. Kubańskie wpływy są zresztą w Miami praktycznie wszędzie – od jedzenia po język, którym mówi się na ulicach.
Niestety pogoda zaczyna się zmieniać.
Nad wyspą pojawia się ogromna burzowa chmura. W Miami nie jest to nic niezwykłego. Tropikalna pogoda potrafi zmienić się w ciągu kilku minut.
Na szczęście tym razem chmura tylko nas postraszyła.
Udaje nam się uniknąć deszczu i ruszamy dalej w stronę Cape Florida Lighthouse.
Latarnia została zbudowana w 1825 roku i jest najstarszą stojącą konstrukcją w Miami-Dade County. Jej światło przez lata pomagało statkom bezpiecznie omijać rafy i mielizny u wybrzeży Florydy.
Docieramy do niej, a później korzystamy jeszcze z tego, że pogoda na chwilę się uspokoiła.
Czas na ocean.
Kilka chwil pływania w ciepłej wodzie i możemy wracać.
Autobusem wracamy na Miami Beach, a resztę popołudnia spędzamy już spokojniej – przy hotelowym basenie.
Po intensywnym zwiedzaniu Nowego Jorku i Waszyngtonu taki dzień jest nam zdecydowanie potrzebny.
### Havana 1957 i noc z księżycem
Wieczorem wybieramy się na kolację do Havana 1957.
I po raz kolejny Miami przypomina nam, że jest miastem wielu kultur. Kubańskie jedzenie, muzyka i atmosfera sprawiają, że chwilami można zapomnieć, że jesteśmy w Stanach Zjednoczonych.
Jedzenie jest świetne, ale tego wieczoru czeka nas jeszcze jedna atrakcja.
Księżyc.
Tej nocy przypada zaćmienie Księżyca.
Zamiast więc od razu iść spać, siadamy przy hotelowym basenie. Sączymy drinki i patrzymy w niebo.
Z minuty na minutę Księżyc zmienia wygląd. Zwykła wieczorna kolacja zamienia się w jeden z tych nieplanowanych momentów podróży, które później pamięta się najlepiej.
Siedzimy długo.
Miami szumi gdzieś w tle, woda w basenie delikatnie odbija światła, a nad nami trwa spektakl, którego nie trzeba było nigdzie rezerwować ani kupować na niego biletu.
### Downtown Miami
Kolejny dzień spędzamy już po drugiej stronie zatoki.
Jedziemy do centrum Miami.
Downtown jest zupełnie inne niż Miami Beach. Zamiast niskich budynków Art Deco pojawiają się wysokie szklane wieżowce, biurowce, parki i szerokie nabrzeże.
Zaczynamy od Maurice A. Ferré Park.
Park leży nad Biscayne Bay i jest świetnym miejscem, żeby zobaczyć panoramę Downtown. Spacerujemy w kierunku Bayfront Park, cały czas mając przed oczami wieżowce wyrastające niemal bezpośrednio z nabrzeża.
Miami jest tutaj zdecydowanie bardziej „amerykańskie” – ogromne budynki, szerokie ulice i nowoczesna architektura. Ale jednocześnie zatoka, palmy i tropikalna roślinność sprawiają, że trudno pomylić je z jakimkolwiek innym amerykańskim miastem.
Po drodze oczywiście przychodzi czas na zakupy i pamiątki.
W końcu nie można wrócić z Miami z pustymi rękami.
### Little Havana
Później jedziemy do Little Havana.
I nagle tempo miasta wyraźnie zwalnia.
Little Havana powstała jako centrum kubańskiej społeczności Miami, szczególnie po dużej fali emigracji Kubańczyków po rewolucji kubańskiej w 1959 roku. Dziś okolica jest jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc miasta.
Calle Ocho, czyli Southwest 8th Street, jest jej sercem.
Tutaj nikt się specjalnie nie spieszy. Z ulicznych knajpek dochodzi muzyka, ludzie siedzą przy stolikach, piją kawę, rozmawiają i obserwują przechodniów.
Wchodzimy do kilku lokalnych miejsc, próbujemy kubańskich smaków i po prostu chłoniemy atmosferę.
To zupełnie inne Miami niż to z pocztówek.
Nie ma tu wielkich hoteli, plażowych klubów i niekończących się reklam. Jest codzienne życie – trochę głośniejsze, trochę bardziej kolorowe i zdecydowanie wolniejsze.
Najbardziej charakterystycznym napojem jest oczywiście kubańska kawa. Mocna, słodka i podawana w małych filiżankach. W Little Havana nawet zwykła kawa staje się częścią lokalnego rytuału.
### Miami z wysokości
Wracając, zatrzymujemy się jeszcze w Bayfront Park.
Czeka na nas jeszcze jedna atrakcja – koło obserwacyjne.
Wjeżdżamy coraz wyżej.
I dokładnie w tym momencie słońce zaczyna zachodzić.
Z góry Miami wygląda zupełnie inaczej.
Wieżowce Downtown odbijają ostatnie promienie słońca, zatoka powoli ciemnieje, a na ulicach zapalają się pierwsze światła.
Po kilku dniach podróży przez Stany Zjednoczone mamy już wrażenie, że znamy kilka zupełnie różnych Ameryk.
Nowy Jork – głośny, zatłoczony i nieustannie pędzący.
Waszyngton – monumentalny, historyczny i pełen symboli.
A Miami?
Miami jest gorące, kolorowe, wielokulturowe i zdecydowanie bardziej beztroskie.
Tutaj historia miesza się z plażą, kubańska kawa z amerykańskimi wieżowcami, a Art Deco z nowoczesnymi drapaczami chmur.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze czujemy się tutaj wieczorem, patrząc z góry na rozświetlone miasto.
Jutro jednak znowu ruszamy dalej.