Po pożegnaniu dzikich kotów w buszu Hluhluwe, zmieniamy klimat na wybitnie wodny. Naszym kolejnym przystankiem jest St Lucia – niewielkie, urokliwe miasteczko położone na wąskiej mierzei, które oficjalnie nosi miano światowej stolicy hipopotamów.
Miejscowość jest otoczona wodami gigantycznego estuarium i stanowi bramę do wpisanego na listę UNESCO parku iSimangaliso Wetland Park. To unikalne miejsce na mapie świata: ekosystem, gdzie w jednym miejscu stykają się ze sobą jeziora, bagna, namorzyny, sawanna i potężne wydmy nad Oceanem Indyjskim. Nelson Mandela powiedział kiedyś o iSimangaliso, że to „jedyne miejsce na ziemi, gdzie najstarszy ssak lądowy (nosorożec) i największy ssak morski (wieloryb) dzielą ten sam ekosystem”. I na własnej skórze przekonaliśmy się, jak bardzo miał rację!
Od razu po zameldowaniu zrzucamy rzeczy i pędzimy na przystań, żeby wskoczyć na dwupiętrową łódź. Z górnego, odkrytego pokładu ruszamy w rejs po rozległym ujściu rzeki. Widoki? Absolutnie genialne. W mętnej wodzie dosłownie co chwilę wynurzają się potężne, różowo-szare łby. Podziwiamy liczne stada hipopotamów zażywających kąpieli, a wokół nas krążą niezliczone, kolorowe gatunki ptaków – od drapieżnych bielików afrykańskich po zwinne zimorodki.
Szacuje się, że w samym tylko estuarium St Lucia żyje około 800 hipopotamów i ponad 1000 krokodyli! iSimangaliso oznacza w języku zulu „cud” lub „coś niesamowitego” – nazwa idealnie oddaje ten podmokły raj.
Po rejsie wracamy do miasta i od razu rzuca nam się w oczy coś niezwykłego. Wzdłuż chodników, przy restauracjach i pensjonatach, wszędzie stoją znaki ostrzegawcze z sylwetką hipopotama. W St Lucia to nie jest tani chwyt marketingowy pod turystów. Te ważące ponad tonę ssaki co noc wychodzą z wody i spacerują miejskimi ulicami, pasąc się na tutejszych trawnikach! Host ostrzega nas, że po zmroku trzeba mieć oczy dookoła głowy – bliskie spotkanie z hipopotamem na piechotę może być bardzo niebezpieczne.
Kolejny poranek zaczynamy z jeszcze większą pompą. Skoro świt wypływamy łodzią na otwarty ocean. Trafiliśmy na idealny moment – czerwiec to czas wielkich wędrówek humbaków, które migrują z mroźnej Antarktydy w cieplejsze wody Mozambiku, by wydać na świat potomstwo. Humbaki najedzone na zimnych arktycznych wodach, przez cały okres migracji i rozrodu nie jedzą nic. Musiały zgromadzić potężne zapasy tłuszczu, żeby to wytrzymać.
Ocean nie zawiódł! Udaje nam się namierzyć sporo pięknych okazów. W oddali obserwowaliśmy spektakularne widowisko: potężne, kilkunastotonowe osobniki wyskakiwały wysoko ponad taflę wody, robiąc gigantyczne pluski. Co prawda, gdy tylko próbowaliśmy podpłynąć bliżej, te majestatyczne olbrzymy z powagą chowały się w głębinach, ale i tak widok ich grzbietów i ogonów na tle fal robił niesamowite wrażenie.
Pełni wrażeń wracamy do bazy na szybkie śniadanie, po czym natychmiast wskakujemy w naszego wiernego Rangera i wjeżdżamy na teren iSimangaliso Wetland Park na kolejne self-drive safari.
W tym parku nie ma wielkich kotów (lwów czy lampartów), dzięki czemu zasady gry są zupełnie inne. Jest o wiele bezpieczniej, a w wyznaczonych punktach widokowych oraz na dzikich, piaszczystych plażach można legalnie... wyjść z samochodu! Po tylu dniach oglądania świata wyłącznie zza szyby auta, spacer po bezludnej plaży i punktach widokowych był genialnym uczuciem. Oczywiście czujność trzeba zachować zawsze, bo z bezpiecznej odległości i tak udało nam się wypatrzyć w oddali hipopotamy, nosorożce, wygrzewające się krokodyle i całe stada klasycznych afrykańskich antylop. Do St Lucia wracamy zmęczeni, dokładnie w momencie, gdy słońce chowa się za horyzontem.
Ostatni poranek w stolicy hipopotamów celebrujemy bez pośpiechu. Ruszamy na krótki spacer wzdłuż szerokiej, złotej plaży. Szum fal Oceanu Indyjskiego jest magnetyczny, więc nie odmawiamy sobie szybkiej, orzeźwiającej kąpieli w ciepłych wodach.
Po powrocie do auta, suszeniu ubrań i spakowaniu paki, odpalamy silnik naszego Forda. Wodne królestwo iSimangaliso oficjalnie zaliczone! Czas ruszać w dalszą drogę.