Po emocjonującym zjeździe ze stromej Sani Pass skierowaliśmy się w stronę kolejnej perły Gór Smoczych – Giant’s Castle Game Reserve.
Do celu dojeżdżamy późnym popołudniem, gdy nad afrykańskim buszem zapada już głęboki zmrok. Podróżowanie tutaj w czerwcu stawia przed nami jedno spore wyzwanie logistyczne: afrykańska zima oznacza niezwykle krótkie dni. Słońce bezlitośnie zachodzi tuż około godziny 17:00, a zmierzch trwa zaledwie kilkanaście minut. Nim się obejrzymy, wokół panuje absolutna ciemność. Śmiejemy się w aucie, że na tej wyprawie nieustannie brakuje nam tej jednej, ostatniej godziny, żeby zameldować się na noclegu jeszcze przy światłym dniu!
Jazda po zmroku w wielu krajach Czarnego Lądu to czysty survival, jednak RPA pod tym względem pozytywnie zaskakuje. Na tle reszty Afryki tutejsza infrastruktura drogowa wypada naprawdę świetnie – asfalt na głównych trasach jest równy, świetnie oznakowany i jedzie się po nim wyjątkowo wygodnie oraz bezpiecznie. Nie można jednak całkowicie stracić czujności. Południowoafrykańskie drogi potrafią uśpić czujność drivera, by po kilkudziesięciu kilometrach idealnego asfaltu nagle zaserwować odcinek gęsto usiany gigantycznymi dziurami i wyrwami. Na szczęście potężny prześwit naszego Rangera i dobre reflektory pozwalają bezstresowo wymijać te niespodzianki. Chociaż raz zdarzyło się nieszczęście i kilka butelek Castle rozbiło się na pace.
Późnym wieczorem docieramy do bazy – wynajętego, niezwykle przestronnego afrykanerskiego domu. Po mroźnym dniu w górach strzałem w dziesiątkę okazał się wielki kominek. Odpaliliśmy ogień, rozgrzaliśmy się i w końcu ucięliśmy sobie dłuższą, mocną regenerację.
Poranek w Giant’s Castle wita nas rześkim powietrzem i krystalicznie czystym niebem. Szybkie śniadanie, opłacamy wstęp do parku i wpisujemy się do oficjalnej książki wyjść na szlak (procedura obowiązkowa, bez której nikt nie wypuści Was w te góry). Strażnicy ostrzegają nas jeszcze przed ekipami, które prowadzą w okolicy celowe, kontrolowane wypalanie traw. Tworzy się w ten sposób czarne, spalone pasy ochronne, które w razie przypadkowego, dzikiego pożaru odcinają mu drogę i zapobiegają rozprzestrzenianiu się żywiołu.
Pakujemy plecaki i po raz kolejny tego wyjazdu ruszamy na podbój Gór Smoczych. Nasz główny cel na dziś? Dotarcie pod podnóże charakterystycznej góry The Thumb ("Kciuk") oraz przejście spektakularnym grzbietem Langalibalele Ridge.
Trasa jest po prostu obłędna. Idziemy zawieszeni wysoka nad doliną, mając po jednej stronie pionowe ściany skalne, a w dole wijącą się, malowniczą rzekę Bushman River. Cisza, wiatr, przestrzeń i brak tłumów sprawiają, że człowiek czuje się tu jak na końcu świata.
Na sam koniec trekkingu robimy jeszcze jeden przystanek – zwiedzamy lokalną jaskinię Buszmenów (Main Caves). To unikalne stanowisko archeologiczne, w którym zachowały się setki bezcennych malowideł naskalnych tworzonych przez pierwotnych mieszkańców tych ziem – lud San. Oglądanie kunsztownych scen polowań sprzed setek lat w tak surowym, naturalnym otoczeniu robi ogromne wrażenie i tworzy idealną klamrę dla całego dnia spędzonego w Giant’s Castle. W teori jaskinia jest zamknięta od chyba dwóch lat, po jednym z pożarów, jednak ogrodzenie nie jest zamknięte i można podejść pod ścianę, żeby pooglądać malowidła.
Zmęczeni, ale absolutnie zachwyceni wracamy do restauracji, gdzie wcinamy pyszne steki. Góry Smocze po raz kolejny pokazały swoją najwyższą klasę!