Kolejny poranek przyniósł nam to, na co najbardziej liczyliśmy. Mleczna, gęsta mgła, która towarzyszyła nam przez ostatnie kilometry, w końcu całkowicie się rozeszła, odsłaniając surowe, majestatyczne i nieskończone pasma Gór Smoczych. Widoki zza szyby naszego samochodu dosłownie odbierały mowę – Afryka w wysokogórskim wydaniu jest po prostu nieziemska.
Ruszamy dalej, pokonując kolejne, karkołomne serpentyny i pnąc się coraz wyżej.
Po drodze mieliśmy ambitny plan – chcieliśmy zobaczyć jedną z tutejszych słynnych kopalni diamentów. Lesotho słynie z wydobycia jednych z najcenniejszych kamieni szlachetnych na świecie. Nastawialiśmy się na widok spektakularnych, gigantycznych dziur w ziemi, które robią potężne wrażenie na zdjęciach satelitarnych.
Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej tajemnicza. Obiekt jest całkowicie zamknięty dla turystów i pilnie strzeżony, a z samej drogi nie uświadczycie nawet skrawka kopalnianego wyrobiska. Wszystko przez to, że cały teren zasłaniają olbrzymie, sztucznie usypane hałdy urobku z kopalni. Diamentowy biznes w Lesotho mocno strzeże swoich sekretów przed oczami ciekawskich podróżników.
Nie zrażając się tym, wcisnęliśmy gaz i ruszyliśmy na podbój najwyższego punktu na całej naszej trasie – legendarnej przełęczy Kotisephola, znanej również jako Przełęcz Czarnych Gór (Black Mountain Pass).
Gdy samochód wdrapał się na sam szczyt, GPS pokazał oszałamiające 3240 m n.p.m.! To niesamowite uczucie – jechać autem na wysokości, na której w Europie zdobywa się już groźne, alpejskie szczyty. Powietrze tutaj jest zauważalnie rzadsze, a krajobraz wokół staje się wręcz księżycowy. Krótki postój na pamiątkowe fotki na tym dachu Afryki i ruszamy dalej.
Przełęcz Czarnych Gór zostaje za nami, a my obieramy kurs na jedno z najbardziej kultowych i mrożących krew w żyłach miejsc w tej części świata – legendarną Sani Pass. To tam rozegra się kolejny etap naszej przygody.