Geoblog.pl    ciesielka    Podróże    Południowa Afryka    Jaskinia Liphofung
Zwiń mapę
2026
21
cze

Jaskinia Liphofung

 
Lesotho
Lesotho, Khukhune
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 10190 km
 
Pobudka przywitała nas lekką mżawką. Afrykańskie góry w deszczu mają w sobie coś niezwykle surowego i tajemniczego, choć chodzenie po mokrych nawierzchniach wymaga sporej uwagi. Dziś na naszej trasie znalazł się punkt obowiązkowy dla każdego, kto chce zrozumieć historię i duszę tego kraju – jaskinie Liphofung.

Po zapłaceniu 250 Randów za wstęp (za przewodnika taka sama opłata) ruszyliśmy na spacer po mocno śliskich, mokrych kamieniach. Liphofung to nie jest zwykła dziura w ziemi, ale ogromny, historyczny nawis skalny, który przez wieki służył ludziom za schronienie.

Nasz przewodnik okazał się świetnym gawędziarzem, chociaż chwilami ciężko zrozumieć jego angielski. Z pasją opowiadał nam o bogatej historii Lesotho oraz samym miejscu, które w XIX wieku służyło jako kryjówka dla legendardnego założyciela narodu Basotho – króla Moshoeshoe I. Kluczowym punktem wizyty były jednak zachowane malowidła naskalne, stworzone przez lud San (Buszmenów) setki lat temu. Przewodnik krok po kroku objaśniał nam znaczenie poszczególnych symboli, postaci i zwierząt namalowanych na skałach. Pętając się po jaskini i jej okolicach, można było naprawdę poczuć ducha dawnej Afryki.

Gdyby szukać postaci, która idealnie łączy w sobie cechy genialnego stratega, bezwzględnego dyplomaty i głęboko ludzkiego przywódcy, król Moshoeshoe I (czyt. Muszweszwe) byłby w ścisłej czołówce historii świata. To człowiek, który w XIX wieku – w samym środku gigantycznego chaosu, wojen i kolonialnego naporu – stworzył naród Basotho i obronił niezależność górskiego królestwa, które dziś znacie jako Lesotho.

Urodził się około 1786 roku jako Lepoqo, syn drobnego wodza niewielkiego rodu Bamokoteli. Nic nie zapowiadało, że stanie się wielkim monarchą. Był jednak wyjątkowo bystry, ambitny i poszukiwał mądrości u lokalnego mędrca Mohlomiego, który nauczył go kluczowej zasady: „Rządzi się nie siłą, lecz ludźmi i mądrością”.

Jako młody wojownik chciał jednak zdobyć sławę. Po zorganizowaniu brawurowego i niezwykle udanego rajdu na bydło sąsiedniego plemienia, ułożył na swoją cześć poemat. Nazwał w nim siebie „brzytwą, która zgoliła brody wrogów”. Dźwięk imitujący odgłos golenia – „szwe-szwe” – dał początek imieniu, pod którym przeszedł do historii: Moshoeshoe.

W latach 20. XIX wieku Afryka Południowa stanęła w ogniu. Eksplozja potęgi państwa Zulusów pod wodzą Czaki spowodowała efekt domina – dziesiątki tysięcy ludzi uciekały, wioski płonęły, a głód i chaotyczne wojny rozlały się na całe terytorium. Był to czas zwany Lifaqane (wielki zamęt / przesiedlenie).

Moshoeshoe rozumiał, że tradycyjne osady na otwartym terenie nie mają szans. Właśnie wtedy wykorzystał ukształtowanie terenu
Najpierw schronił się na górze Butha-Buthe (tam, gdzie przejeżdżaliśmy). Gdy nacisk wrogów stał się zbyt duży, w 1824 roku dokonał legendarnego, nocnego przemarszu ze swoimi ludźmi na niezdobytą płaskowyżową górę Thaba Bosiu („Góra w Nocy”). Thaba Bosiu stała się potężną, naturalną twierdzą. Ze stromymi klifami i jedynymi kilkoma wąskimi podejściami była niemal niemożliwa do zdobycia. Większość ówczesnych wodzów niszczyła podbitych wrogów. Moshoeshoe zrobił coś absolutnie unikalnego: oferował schronienie każdemu uciekinierowi i rozbitemu plemieniu. Uciekinierom dawał ziemię i żywy inwentarz. Zamiast zabijać pojmanych wrogów, pozwalał im dołączyć do swojej społeczności. Nawet wobec grup doprowadzonych przez głód do aktów kanibalizmu zastosował łaskę – uznał, że działali z rozpaczy, i wcielił ich do swojego ludu. W ten sposób z mozaiki uciekinierów, sierot i rozbitych klanów powstał jeden, skonsolidowany naród – Basotho.

Moshoeshoe był niezwykle elastyczny i szybko adaptował nowinki: Jako jeden z pierwszych afrykańskich władców nakazał swoim ludziom opanowanie jazdy konnej i obsługi broni palnej. Tak narodzili się słynni jeźdźcy Basotho w tradycyjnych kocach i kapeluszach. W 1833 roku zaprosił francuskich misjonarzy protestanckich (m.in. Eugène Casalisa). Sam nie przeszedł od razu na chrześcijaństwo, ale wykorzystał ich jako doradców, dyplomatów i tłumaczy, którzy pomagali mu pisać listy do zagranicznych mocarstw i spisywać prawa.

Gdy od północy i wschodu napierali uzbrojeni Burowie (holenderscy osadnicy tworzący Republikę Oranii), a od południa Brytyjczycy, Moshoeshoe musiał lawirować między dwoma kolonialnymi gigantami.

Kilkuokrotnie musiał udowadniać swoją siłę na polu bitwy – pokonał wojska brytyjskie m.in. w bitwie pod Viervoet (1851) oraz pod Berea (1852). Co genialne: po wygranej bitwie pod Berea wysłał do brytyjskiego dowódcy pokorny list z propozycją pokoju, pisząc, że „skoro otrzymał nauczkę, prosi o pokój”. Brytyjczycy, zszokowani kunsztem bojowym Basotho oraz taką dyplomacją, chętnie przystali na rozejm.

Gdy jednak w latach 60. XIX wieku Burowie zaczęli odcinać Basotho od najżyźniejszych ziem rolniczych i państwu groziła całkowita anihilacja, król wykonał swój ostatni, mistrzowski ruch.

W 1868 roku przekonał brytyjską królową Wiktorię do objęcia jego ziem protektoratem brytyjskim (jako Basutoland). Uratowało to lud Basotho przed wchłonięciem przez Boerów i późniejszym apartheidem Południowej Afryki.

Moshoeshoe I zmarł 11 marca 1870 roku i został pochowany na szczycie swojej ukochanej twierdzy Thaba Bosiu. To dzięki jego mądrości, elastyczności i umiejętności jednoczenia ludzi małe, górzyste Lesotho przetrwało jako niepodległe państwo na mapie świata, całkowicie otoczone przez terytorium RPA.

Po zwiedzeniu stanowiska archeologicznego zaszliśmy do małego, lokalnego sklepiku z pamiątkami. Nie mogliśmy wyjechać stamtąd bez kultowego rekwizytu – kupiliśmy tradycyjny słomiany kapelusz Mokorotlo. To charakterystyczne nakrycie głowy o stożkowatym kształcie jest absolutnym symbolem narodowym Basotho – do tego stopnia, że znajduje się nawet na oficjalnej fladze Lesotho!

Po zakupach przyszedł czas na szybką regenerację. Na ganku usiedliśmy z kubkami nieśmiertelnej „Kawy Króla Afryki”, czyli poczciwej, rozpuszczalnej Neski. W tych szerokościach geograficznych, pośród gór i w lekkim chłodzie, smakuje ona lepiej niż niejedna espresso z włoskiego ekspresu.

Pijąc kawę, mieliśmy okazję obserwować autentyczne, niewyreżyserowane życie lokalnej społeczności. Tuż obok trwała właśnie głośna i radosna impreza – lokalna młodzież świętowała 15. urodziny jednej z dziewczyn. Muzyka, śmiechy, specyficzny afrykański luz i taniec – niesamowicie przyjemnie obserwowało się tę autentyczną radość w tak prostych warunkach.

Złapaliśmy chwilę oddechu, naładowaliśmy baterie pozytywną energią i pożegnaliśmy się z Liphofung. Czas wracać do naszego Rangera i ruszać w dalszą drogę przez górzyste bezdroża Lesotho.

Trasa wzywa, a widoki za szybą z każdym kilometrem stają się coraz bardziej spektakularne!
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (13)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
ciesielka

KZPS C.
zwiedzili 42% świata (84 państwa)
Zasoby: 1183 wpisy1183 1236 komentarzy1236 12609 zdjęć12609 18 plików multimedialnych18
 
Nasze podróżewięcej
18.06.2026 - 21.06.2026
 
 
05.02.2026 - 16.02.2026
 
 
07.12.2025 - 16.12.2025