Czas spakować manatki i opuścić na chwilę RPA. Dzisiejszy plan to wjazd do zupełnie nowego kraju – Lesotho, czyli legendarnego enklawy-państwa położonego w całości na wysokości powyżej 1400 m n.p.m.
Mając w pamięci nasze karkołomne przeprawy z zeszłorocznej wyprawy po Namibii, Botswanie czy Zimbabwe, gdzie procedury graniczne potrafiły ciągnąć się godzinami i kosztować mnóstwo nerwów, przed dzisiejszym porankiem mieliśmy lekkie obawy. Zupełnie niepotrzebnie!
Do Lesotho wjeżdżamy przez przejście graniczne Caledonspoort. I tutaj przeżywamy totalne, superpozytywne zaskoczenie. Cała odprawa poszła jak z płatka – urzędnicy celni uwinęli się błyskawicznie, bez zbędnej biurokracji. Płacimy na miejscu opłatę wjazdową za samochód (525 Randów) i po kilkunastu minutach formalności witają nas tablice informujące, że oficjalnie jesteśmy w nowym państwie.
Logistyczny protip z trasy: W Lesotho bez problemu można płacić południowoafrykańskimi Randami (ZAR), więc nie trzeba szukać kantoru zaraz za szlabanem. Co więcej, ku naszemu zaskoczeniu, terminale płatnicze są tu równie powszechne jak w RPA – kartą zapłacicie niemal wszędzie.
Z granicy nasz Ford Ranger niesie nas prosto do pierwszego większego miasta po lesothańskiej stronie – Butha-Buthe. Gdy tylko wjeżdżamy na jego ulice, natychmiast dociera do nas, że przekroczyliśmy nie tylko granicę państwową, ale i kulturową. Różnica między RPA a Lesotho uderza od pierwszych metrów.
Tutaj nie ma już nowoczesnych, ogrodzonych osiedli, które widzieliśmy w RPA. W oczy rzuca się wszechobecne, dotkliwe ubóstwo. Miasto tętni życiem w sposób typowo afrykański – na ulicach panuje totalny, wręcz hipnotyzujący „kontrolowany chaos”. Ruch drogowy rządzi się swoimi własnymi prawami, piesi lawirują między autami, a krajobraz uzupełniają niestety wszechobecne, walające się po poboczach plastikowe śmieci. To ta surowsza, mniej turystyczna twarz Czarnego Lądu.
Zostawiamy Rangera na parkingu i idziemy na krótki spacer, żeby poczuć klimat miasta z perspektywy chodnika i zrobić szybkie zakupy. Nasz główny cel? Znaleźć i skosztować lokalnego, lesothańskiego piwa – słynnego Maluti. Przy okazji zgarniamy do ręki trochę świeżych owoców oraz lokalnych przekąsek na drogę i wracamy do bazy na czterech kółkach.
Krótki postój w Butha-Buthe dał nam jasny sygnał: Lesotho będzie zupełnie inną przygodą niż bezpieczne, turystyczne zakątki Clarens. Zasiadamy wygodnie w fotelach naszego Rangera i ruszamy w głąb tego górzystego kraju. Droga pnie się coraz wyżej, a widoki... o tym już w kolejnym wpisie!