Po nocy spędzonej pod kocami elektrycznymi i porannej kawie, spakowaliśmy nasz dobytek z powrotem na paka Rangera i ruszyliśmy na podbój jednego z najbardziej ikonicznych miejsc w RPA – Royal Natal National Park, będącego częścią potężnych Gór Smoczych (Drakensberg). Dzisiejszy cel: stanięcie na szczycie Amfiteatru, tuż obok wodospadu Tugela.
Naszą przygodę zaczynamy od uiszczenia opłaty za wstęp do parku (180 Randów). Drogą wijącą się coraz wyżej zmierzamy w stronę hotelu Witsieshoek Mountain Lodge. To właśnie za nim zaczyna się prawdziwa zabawa i moment, w którym nasz Ford Ranger z napędem 4x4 udowodnił, że był najlepszym możliwym wyborem na tę wyprawę.
Ostatni odcinek prowadzący na parking pod imponującym szczytem Sentinel to wymagająca, kamienista i dziurawa przeprawa. Samochód z niskim zawieszeniem nie ma tu najmniejszych szans – miska olejowa zostałaby na pierwszym lepszym kamieniu. Dla tych, którzy nie mają auta z napędem na cztery koła, opcje są dwie: albo opłacenie transportu specjalną terenówką kursującą z hotelu, albo marsz pod górę piechotą... dodatkowe 8 kilometrów w jedną stronę. My z uśmiechem na twarzach i pełnym komfortem meldujemy się Rangerem na najwyższym parkingu.
Na parkingu płacimy kolejną opłatę (200 Randów od osoby) i ruszamy na szlak. Początkowo trasa jest stosunkowo prosta, a widoki na pionowe, bazaltowe ściany Sentinela dosłownie zwalają z nóg. Idziemy w stronę wodospadu Tugela – oficjalnie drugiego (a według niektórych badań nawet pierwszego) najwyższego wodospadu na świecie.
Sielanka kończy się w jednym, niezwykle wymagającym miejscu. Przed nami wyrastają słynne Chain Ladders – dwie pionowe, stalowe drabiny przytwierdzone bezpośrednio do nagiej skały. Wspinaczka po nich przy ogromnej ekspozycji i wietrze potrafi podnieść ciśnienie nawet u osób, które nie narzekają na lęk wysokości. Parę głębokich wdechów, mocny chwyt i jesteśmy na górze!
Po pokonaniu drabin wychodzi się na rozległy, trawiasty płaskowyż, który przypomina zupełnie inny świat. Sam wodospad? No cóż, Afryka w porze suchej rządzi się swoimi prawami. Wodospad miał w sobie niewiele wody, a jego spektakularny, niemal kilometrowy opad ginął gdzieś w gęstych chmurach kłębiących się poniżej krawędzi płaskowyżu. Perspektywa z góry była niesamowita, choć sam żywioł wody musimy sobie częściowo wyobrazić.
W drogę powrotną postanawiamy ruszyć alternatywną trasą, która funduje nam ostre i strome zejście kamienistym żlebem – kolana solidnie to odczuły!
Podczas schodzenia poznajemy dwójkę świetnych Południowoafrykańczyków z Pretorii. Jako że na parkingu byli bez własnego transportu 4x4, oferujemy im podwózkę na dół do hotelu Witsieshoek. W ramach podziękowania i wspólnej integracji jemy w hotelowej restauracji pyszną, regenerującą kolację z widokiem na góry.