Dominikana postanowiła nam zrobić pożegnalny żart. Kiedy już pogodziliśmy się z deszczową aurą i błotnistymi przygodami w Miches, nagle – na wysokości Macao – chmury rozstąpiły się, a zza nich wyjrzało palące, karaibskie słońce. Nie zastanawialiśmy się ani sekundy. Skręt w stronę oceanu i nagłe hamowanie przy plaży!
Playa Macao przywitała nas tak, jakby chciała przeprosić za cały poranek. To miejsce ma niesamowitą energię – szeroka, jasna plaża, błękitna woda i surferski klimat, który czuć w powietrzu. Po deszczowym poranku słońce smakowało tu wyjątkowo intensywnie.
Rozłożyliśmy się na piasku i po prostu chłonęliśmy każdą minutę. Żadnych stresów, żadnego planu, żadnego pośpiechu. Tylko my i ocean.
Toast za udaną wyprawę wznieśliśmy lokalnym Presidente i kremową piña coladą serwowaną prosto w ananasie. To był ten moment, w którym człowiek czuje, że naprawdę jest na wakacjach.
Siedząc tam z zimnym drinkiem w dłoni, patrząc na fale, przez które przebijali się surferzy, zrobiliśmy sobie w głowach szybki przegląd ostatnich kilku dni. Od Morza Karaibskiego, od gór Santiago, przez kaniony Damajagua, dżunglę w Monkey Jungle, po magiczne Los Haitises. Ta wyspa dała nam z siebie wszystko – od ekstremalnej przygody po błogi spokój.
Wychodzimy z plaży Macao spieczone słońcem, zadowoleni i gotowi na lot powrotny. Dominikana, byłaś dla nas łaskawa (nawet jeśli rano trochę nas zmoczyłaś!). To był finał, o jakim marzyliśmy.