Nasz ostatni pełen dzień na wyspie miał być wielkim finałem pod znakiem słońca i „nicnierobienia”. Plan był prosty: leniwy rajd po najpiękniejszych plażach w drodze do Punta Cana. Los miał jednak inny plan – nad wybrzeże nadciągnęły ciężkie chmury, a tropikalny deszcz zamienił drogi w błotniste wyzwanie.
Nie poddaliśmy się. Dotarliśmy w okolice Miches, gdzie ciągną się jedne z najbardziej dzikich i rozległych plaż Dominikany. Jednak natura postawiła tamę – potężne kałuże i błoto na dojeździe zmusiły nas do kapitulacji... przynajmniej jeśli chodzi o jazdę.
Zostawiliśmy samochód na poboczu i ostatnie pół kilometra pokonaliśmy pieszo, brnąc przez błoto. To była cena za dotarcie do oceanu.
Plaża w Miches w tej scenerii wyglądała nierealnie. Pusta, długa po horyzont, ze spokojnym, stalowym oceanem. Choć słońce się nie przebiło, krótka kąpiel w ciepłej wodzie, gdy na twarz spadała delikatna mżawka, miała w sobie coś oczyszczającego.
W planach mieliśmy też słynną Montaña Redonda – wzgórze z huśtawkami „nad przepaścią”, z którego roztacza się ponoć obłędny widok na laguny. Tym razem musieliśmy odpuścić. Szczyty były szczelnie otulone chmurami, a wjazd tam przy zerowej widoczności mijał się z celem.
Kiedy mżawka zamieniła się w regularny deszcz, uznaliśmy wyższość pogody. Wróciliśmy do samochodu, mokrzy, obłoceni, ale z poczuciem, że wycisnęliśmy z tego miejsca tyle, ile się dało. Dominikana pokazała, że nie jest tylko produktem z katalogu biura podróży, ale dziką, żywą wyspą, która ma swoje humory.