Nasza pętla domknęła się w miejscu, które dla większości jest symbolem Dominikany, a dla nas stało się największym rozczarowaniem wyprawy. Punta Cana. Po dzikich plażach Miches, spokoju Rio San Juan i klimacie Las Terrenas, wjechaliśmy w świat, który kompletnie do nas nie przemówił.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, niebo znowu zapłakało, co idealnie wpasowało się w nasz nastrój. Spacer po Punta Cana tylko utwierdził nas w przekonaniu, że to nie są nasze klimaty:
Większość wybrzeża jest zagarnięta przez gigantyczne hotele typu all-inclusive. Znalezienie swobodnego dojścia do wody graniczy z cudem.
Szukaliśmy małych, lokalnych barów z bachatą i stolikiem na piasku. Zamiast tego znaleźliśmy komercyjny tłok, sieciówki i restauracje, w których bez rezerwacji nie było czego szukać. To miejsce wydaje się być odcięte od prawdziwej dominikańskiej codzienności, którą tak pokochaliśmy w trasie.
Ostatni poranek spędziliśmy leniwie, nadrabiając zaległości w spaniu – jedyny plus pobytu w tym miejscu. Potem już tylko krótka trasa na lotnisko i pożegnanie z naszym wiernym samochodem, który przewiózł nas przez góry, błoto i dżungle.
Przy zwrocie auta czekała nas niespodzianka – doliczono nam opłatę za sprzątanie. Powód? Piasek w środku. Na wyspie, która składa się głównie z piasku, wydaje się to kuriozalne, ale to klasyczna zagrywka w tak komercyjnych punktach. Warto mieć to na uwadze, oddając auto w Punta Cana.
Gdy siedzieliśmy w samolocie, patrząc na znikający w dole ląd, wiedzieliśmy jedno: absolutnie tak! Choć Punta Cana nas zawiodła, to tysiąc kilometrów, które pokonaliśmy wcześniej, pokazało nam kraj pełen życia, kontrastów, uśmiechniętych ludzi i niesamowitej natury.
Wyjeżdżamy z bagażem pełnym wspomnień, paroma siniakami z Damajagua, brakiem drona, ale z absolutną pewnością, że prawdziwa Dominikana zaczyna się tam, gdzie kończy się zasięg hotelowego Wi-Fi.