Po zostawieniu auta na sporym, profesjonalnie przygotowanym parkingu (widać, że miasto jest gotowe na turystów!), ruszyliśmy w stronę najbardziej charakterystycznego punktu Samany.
Ikoniczne, kręte mosty (Bridges to Nowhere) łączące brzeg z wysepkami Cayo Linares i Cayo Vigía to architektoniczny majstersztyk, który niestety najlepsze lata ma już za sobą.
Z jednej strony zapierające dech w piersiach widoki na turkusową zatokę, z drugiej – tabliczki ostrzegające o braku konserwacji i widoczne zaniedbanie. Mimo to, spacer nad falami w stronę wysepek ma w sobie coś magicznego.
To właśnie tutaj nasza wyprawa straciła jednego z członków załogi. Mój dron, skuszony pewnie pięknem panoramy, postanowił na stałe zamieszkać w głębinach zatoki. Strata bolesna, ale widoki zapisane w pamięci (i te kilka klatek wcześniej) muszą wystarczyć.
Po emocjach na mostach wróciliśmy na ląd, by przejść się po Malecónie. To tutaj bije towarzyskie serce miasta.
Największe wrażenie zrobiły na nas odnowione, drewniane domki w pastelowych kolorach (Pueblo Principe). Kiedyś rezydencje, dziś pełnią rolę uroczych sklepików z pamiątkami i kawiarni. Wyglądają jak wyjęte z obrazka i idealnie kontrastują z błękitem nieba i wody.
Spacer nadmorską promenadą z widokiem na kołyszące się na wodzie łodzie to idealny sposób na wyciszenie po "dronowej tragedii".
Samaná to miasto, które warto poczuć na własnych nogach. Od zaniedbanych, ale wciąż pięknych mostów, po tętniące życiem i kolorami centrum. Wyjeżdżamy stąd z nieco lżejszym bagażem, ale z głowami pełnymi obrazów, których nie odda żadna kamera.