Po wszystkich przygodach na trasie, dotarcie do Las Terrenas na półwyspie Samaná było jak wejście do innego wymiaru relaksu. To miasteczko nie potrzebuje neonów ani głośnych nagłośnień, by oczarować podróżnika. Tutaj luksusem jest prostota i bliskość natury.
Nasze powitanie z Las Terrenas zaczęło się od długiego spaceru wzdłuż wybrzeża. Plaża tutaj jest inna niż wszystkie – szeroka, usiana pochylonymi palmami, które zdają się kłaniać Atlantykowi. Piasek pod stopami był jeszcze ciepły po całym dniu, a bryza przynosiła zapach soli i tropikalnych kwiatów.
Wieczór zwieńczyliśmy w sposób, który powinien być obowiązkowy dla każdego, kto tu trafi. Znaleźliśmy małą, urokliwą knajpkę tuż nad samym brzegiem.
Zapomnijcie o sztywnych obrusach. Tutaj jedynym dywanem jest drobny piasek, a jedynym oświetleniem – delikatne lampiony i blask księżyca odbijający się w wodzie.
Właściciele lokalu podjęli najlepszą możliwą decyzję: wyłączyli głośniki. Dzięki temu jedyną melodią towarzyszącą naszej kolacji był rytmiczny, hipnotyzujący szum fal rozbijających się zaledwie kilka metrów od naszego stolika.
Ryba w mleczku kokosowym (słynne Pescado con Coco), zimny drink i spokój, którego nie da się kupić w żadnym kurorcie all-inclusive.
Las Terrenas przypomniało nam, dlaczego tak bardzo kochamy podróżować na własną rękę. To te chwile, gdy po prostu siedzisz, patrzysz w ciemny horyzont i czujesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być.
Na szczęście wróciliśmy do naszego hoteliku tuż przed niezłą ulewą. Gdyby nas ten deszcz zastał przy tym romantycznym stoliku, nie byłoby miło.