Po dniu pełnym adrenaliny w dżungli, przyszedł czas na totalne wyciszenie i spotkanie z jedną z najpiękniejszych pereł północnego wybrzeża. Rio San Juan to miejsce, gdzie czas wydaje się płynąć wolniej, a natura dyktuje warunki.
Zostawiliśmy za sobą piski małpek i szum tyrolek, by zanurzyć się w zupełnie innym świecie. Naszym celem było Rio San Juan – urokliwe miasteczko, które skrywa jeden z najbardziej niezwykłych cudów natury na wyspie: Lagunę Gri-Gri.
To miejsce ma w sobie coś z mistycznego sanktuarium. Laguna jest otoczona gęstą ścianą lasów namorzynowych, których korzenie tworzą pod wodą fantazyjne labirynty.
Spokojna tafla wody odbija niebo i korony drzew, tworząc idealnie gładką powierzchnię. To tutaj, w cieniu potężnych drzew „Gri-Gri”, od których laguna wzięła swoją nazwę, poczuliśmy, co oznacza prawdziwy karaibski relaks.
Laguna łączy się z morzem wąskim kanałem, przez który wypływają kolorowe łodzie rybackie i wycieczkowe, kierując się ku ukrytym jaskiniom i klifom.
Po nasyceniu oczu zielenią laguny, ruszyliśmy na spotkanie z otwartym oceanem. Wybrzeże w okolicach Rio San Juan słynie z jednych z najpiękniejszych plaż w tej części świata.
To tutaj znaleźliśmy swoją oazę. Niewielka, osłonięta od wiatru zatoczka z miękkim piaskiem i turkusową wodą była idealnym miejscem, by po prostu usiąść i nie robić nic. Szum fal rozbijających się o rafę w oddali był jedyną ścieżką dźwiękową, której potrzebowaliśmy.
Siedząc na piasku z widokiem na bezkresny błękit Atlantyku, popijając pinakoladę zrobioną przez lokalnego "opiekuna plaży", zrozumieliśmy, że te proste momenty – między jednym a drugim punktem programu – są w podróży najcenniejsze. Słońce, sól na skórze i święty spokój.
Rio San Juan to idealne miejsce na "przeładowanie baterii". Bez pośpiechu, bez tłumów, tylko my i potęga oceanu.