Kolejny dzień naszej dominikańskiej przygody zaczął się od wyzwania dla naszego auta. Ostatni odcinek drogi do Monkey Jungle to wyboista, szutrowa trasa, która wystawiła nasze zawieszenie na próbę. Jednak to, co znaleźliśmy na końcu tej drogi, było warte każdego wstrząsu.
Monkey Jungle to miejsce niezwykłe. Zostało założone przez kanadyjskiego lekarza dentystę i funkcjonuje jako ośrodek charytatywny. Cały dochód z atrakcji turystycznych wspiera bezpłatną klinikę medyczną i dentystyczną dla lokalnej społeczności. Widzieliśmy na miejscu aptekę, która wydaje darmowe leki tym, którzy najbardziej ich potrzebują. Świadomość, że nasza zabawa finansuje czyjeś leczenie, nadała temu dniu wyjątkowy wymiar.
Zaczęliśmy od tyrolek. Czekało na nas siedem wspaniałych przejazdów. Lot nad koronami drzew, z widokiem na gęstą tropikalną zieleń, to zastrzyk czystej energii. System jest nowoczesny i bezpieczny, więc mogliśmy się skupić wyłącznie na podziwianiu krajobrazów.
Po dawce adrenaliny przyszedł czas na najbardziej uroczy punkt programu: karmienie małpek.
Sajmiri (Monkey Squirrel): Te małe, żółto-szare spryciarze są niesamowicie towarzyskie. Wskakują na ramiona, kolana i głowy, delikatnie wybierając smakołyki z rąk. To doświadczenie, które wywołuje uśmiech u każdego, bez względu na wiek.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja z kapucynkami. Są one równie inteligentne i fascynujące w obserwacji jednak dużo bardziej agresywne. Dlatego te małpki można podziwiać przez siatkę.
Na koniec odwiedziliśmy samą klinikę. Zobaczenie gabinetów, w których na co dzień leczą się mieszkańcy okolicznych wiosek, uświadamia, jak wielką pracę wykonują tutejsi wolontariusze. Z racji naszego zawodu ta część interesowała nas najbardziej. Monkey Jungle to rzadki przykład turystyki, która realnie zmienia świat na lepsze.
Zostawiliśmy to miejsce z poczuciem, że zrobiliśmy coś dobrego, i ruszyliśmy dalej w trasę, mając wciąż przed oczami te ciekawskie małpie pyszczki.