Nasz dzień w Puerto Plata zaczęliśmy ambitnie. Choć słynna kolejka linowa (Teleférico) tymczasowo odpoczywa, czekając na ponowne uruchomienie, nie daliśmy za wygraną. Odpaliliśmy nasze auto i ruszyliśmy krętą drogą prosto na szczyt Pico Isabel de Torres.
Wjazd samochodem na blisko 800 metrów n.p.m. to przygoda sama w sobie, ale to, co czeka na górze, zapiera dech w piersiach.
Cristo Redentor: Monumentalna statua Chrystusa z rozłożonymi ramionami, niemal identyczna jak ta w Rio, zdaje się błogosławić całe wybrzeże. Stojąc u Jego stóp, czuje się prawdziwy majestat tego miejsca.
Ogrody w chmurach: Spacer po tamtejszych ogrodach botanicznych to czysta magia. Wilgotne powietrze sprawia, że roślinność jest tu nieprawdopodobnie soczysta, a mgły przetaczające się między ścieżkami dodają wszystkiemu aurę tajemnicy.
Zjechaliśmy z powrotem do miasta, by poczuć puls Puerto Plata. To miasto ma w sobie coś eleganckiego, a zarazem bardzo swobodnego.
Malecón: Długa, nadmorska promenada to idealne miejsce, by poczuć bryzę Atlantyku. To tutaj miasto oddycha, a widok błękitnej wody towarzyszy nam na każdym kroku.
Nie mogliśmy odpuścić spaceru w okolicach słynnej Umbrella Street oraz różowej uliczki Paseo de Doña Blanca. To najbardziej fotogeniczne punkty miasta, gdzie kolonialna architektura miesza się z nowoczesną fantazją.
Na koniec dotarliśmy do wejścia do portu, gdzie stoi potężna Fortaleza de San Felipe. Ta XVI-wieczna hiszpańska twierdza to niemy świadek historii walk z piratami. Jej grube mury i armaty skierowane w stronę oceanu przypominają o czasach, gdy Puerto Plata było kluczowym punktem na mapie Nowego Świata. Spacerując po jej dziedzińcu przy zachodzącym słońcu, poczuliśmy ciężar historii, która w tym miejscu jest niemal namacalna.
Puerto Plata pokazało nam swoje dwa oblicza: to podniosłe, górskie i to historyczne, zakorzenione w morskich opowieściach. To miasto, które po prostu ma w sobie „to coś”.