Po opuszczeniu rajskich plaż Bayahibe, nasze wypożyczone auto wjechało do San Pedro de Macorís. To miasto nie stara się nikomu przypodobać – jest surowe, autentyczne i niesamowicie fascynujące.
Niegdyś najbogatsze miasto na wyspie, nazywane „Moskwą Karaibów” ze względu na ogromne wpływy z handlu cukrem. Dziś spacerując po centrum, można poczuć ten dawny prestiż ukryty w architekturze wiktoriańskiej i neoklasycznej. Choć wiele budynków nadgryzł ząb czasu, ich zdobione balkony i pastelowe elewacje mają w sobie coś z melancholijnego piękna Hawany.
San Pedro ma jeszcze jeden, niezwykły tytuł: „Kolebka Shortstopów”. To stąd pochodzi rekordowa liczba zawodników grających w amerykańskiej lidze MLB. Bejsbol to tutaj nie sport – to religia i bilet do lepszego świata. Na niemal każdym rogu widać dzieciaki z kijami, marzące o karierze na miarę Sammy’ego Sosy.
Katedra San Pedro Apóstol: Imponująca budowla, która dominuje nad miastem i jest punktem orientacyjnym dla każdego podróżnika.
Malecón: Nadmorska promenada, gdzie życie towarzyskie kwitnie po zachodzie słońca. To tu mieszkańcy spotykają się na zimne piwo Presidente przy dźwiękach głośnej bachaty płynącej z samochodowych głośników.
Trzcina cukrowa: Krajobraz wokół miasta to niekończące się plantacje. To właśnie one zbudowały potęgę tego miejsca i do dziś definiują jego charakterystyczny krajobraz.
San Pedro de Macorís to przystanek dla tych, którzy chcą zobaczyć Dominikanę bez filtra. To miasto, które nie udaje kurortu, ale oferuje coś znacznie cenniejszego – prawdę o karaibskiej codzienności.