Nasza przygoda zaczęła się pod osłoną nocy. Po wieczornym lądowaniu i szybkim przejęciu kluczyków do wynajętego auta, ruszyliśmy w stronę wybrzeża. Choć droga minęła nam w aurze nocnej tajemnicy, szum oceanu tuż po dotarciu do hotelu był najlepszą obietnicą tego, co miało nadejść o świcie.
Pierwszy punkt programu nie mógł być inny – legendarna wyspa Saona. To jedno z tych miejsc, które wyglądają jak wycięte z pocztówki, a rzeczywistość wcale nie ustępuje retuszowanym zdjęciom.
Dzień upłynął nam pod znakiem totalnego relaksu i zachwytu:
Podwodny świat przywitał nas feerią barw i spokojem, który można znaleźć tylko pod powierzchnią krystalicznej wody.
Biały, drobny piasek i palmy pochylające się nad taflą wody – to tutaj czas naprawdę zwalnia.
Po leniwym lunchu na brzegu, wróciliśmy na pokład naszego katamaranu.
Rejs powrotny do Bayahibe, z wiatrem we włosach i słońcem powoli chylącym się ku horyzontowi, był idealnym domknięciem tego dnia. Wróciliśmy do hotelu z solą na skórze i głowami pełnymi błękitu. Dominikana już pierwszego dnia pokazała nam swoje najpiękniejsze oblicze.