Kolejny dzień zaczynamy bardzo wcześnie. Pakujemy rzeczy do terenowego samochodu i ruszamy z Osz w kierunku gór. Naszym pierwszym przystankiem jest niewielka wioska Kyzyl-Tala – miejsce, gdzie na chwilę zwalniamy tempo i poznajemy ludzi, którzy przez najbliższe dni będą częścią naszej podróży.
Na miejscu wita nas lokalna rodzina, która zaprasza nas do swojego domu. Jak to w Kirgistanie – goście są tu traktowani wyjątkowo. Na stole szybko pojawia się obfity, domowy posiłek: świeże pieczywo, warzywa, herbata i tradycyjne dania przygotowane z lokalnych produktów. To także moment, kiedy poznajemy naszego przewodnika, który przez najbliższe trzy dni będzie prowadził nas przez góry.
Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej – tym razem już w stronę wysokogórskich dolin. Droga szybko zmienia się w szutrowy szlak przecinający przełęcze, potoki i szerokie, zielone pastwiska. Po drodze spotykamy jedne z najbardziej charakterystycznych zwierząt tej części świata – jaki. Te ogromne, kudłate zwierzęta doskonale radzą sobie na wysokościach przekraczających nawet 4000 metrów. Dla lokalnych mieszkańców są niezwykle cenne: dają mleko, mięso, wełnę, a czasem także służą jako zwierzęta transportowe.
Region, w który wjeżdżamy, jest częścią potężnego pasma gór Tienszan. Nazwa oznacza dosłownie „Niebiańskie Góry” – i trudno o lepsze określenie. W wielu miejscach szczyty przekraczają tu 6000 metrów, a ogromne przestrzenie wciąż zamieszkują półkoczownicze rodziny pasterzy. Latem przenoszą się oni z całym dobytkiem wysoko w góry, gdzie na zielonych pastwiskach – zwanych jailoo – wypasają konie, owce, kozy i jaki.
Pod wieczór docieramy do naszego pierwszego obozu – Begali Yurt Camp. Kilka tradycyjnych jurt rozstawionych na rozległej górskiej polanie. Widok jest surowy, dziki i piękny jednocześnie.
Pierwszą rzeczą, którą robimy po przyjeździe, jest… szybka kąpiel w lodowatym górskim potoku. Woda ma temperaturę niemal jak z topniejącego lodowca, ale po całym dniu podróży działa lepiej niż niejeden prysznic.
Wieczorem czeka na nas prosta, ale niezwykle sycąca kolacja. Na stole pojawia się gorąca zupa z mięsem i warzywami – najprawdopodobniej szorpo (shorpo), tradycyjna kirgiska zupa przygotowywana na długo gotowanym wywarze z mięsa, najczęściej baraniny lub wołowiny. Aromatyczna, treściwa i idealna po dniu spędzonym w górach.
Siedząc w jurcie, z kubkiem gorącej herbaty w ręku, zaczynamy naprawdę czuć, że jesteśmy daleko od cywilizacji. Przed nami trzy dni w górach – w świecie pasterzy, koni, górskich rzek i ogromnych przestrzeni, gdzie człowiek jest tylko małym elementem krajobrazu.
Drugi dzień w górach zaczynamy wcześnie rano w obozie Begali Yurt Camp. Powietrze jest rześkie, a wokół rozciąga się cisza przerywana jedynie dźwiękiem dzwonków pasących się gdzieś w oddali zwierząt. Po szybkim śniadaniu ruszamy na trekking, który prowadzi nas przez jedną z okolicznych przełęczy – Pereval Kosh-Moynok.
Podejście jest momentami wymagające, ale każdy krok wynagradzają widoki. Surowe górskie zbocza, zielone pastwiska i ogromna przestrzeń sprawiają, że człowiek czuje się tutaj naprawdę mały wobec natury. Na samej przełęczy czeka na nas niespodzianka – ogromna kolonia świstaków. Te sympatyczne górskie zwierzęta są bardzo charakterystyczne dla regionu Tienszanu. Gdy tylko nas zauważają, słychać ich charakterystyczne gwizdy ostrzegawcze, po czym znikają w swoich norach rozsianych po całym zboczu.
Schodząc z przełęczy, docieramy do niewielkiej osady Orozgul. To jedno z tych miejsc, gdzie życie wciąż toczy się w rytmie pasterskich tradycji. W jednej z jurt zatrzymujemy się na lunch. Prosty posiłek, gorąca herbata i chwila odpoczynku – w takich miejscach smak jedzenia jest zupełnie inny niż gdziekolwiek indziej.
Po południu ruszamy dalej. Kolejne kilometry prowadzą przez górskie doliny, wzdłuż strumieni i szerokich pastwisk, gdzie pasą się konie, owce i krowy. Trekking jest długi, ale niezwykle malowniczy.
Późnym popołudniem, już lekko zmęczeni, docieramy do naszego kolejnego obozu – Yurt Camp Keneshbek. Kilka jurt rozstawionych na otwartej przestrzeni, otoczonych górami i absolutną ciszą. Po zmroku nad naszymi głowami pojawia się spektakl, jakiego nie da się zobaczyć w miastach – rozgwieżdżone niebo od horyzontu do horyzontu. Prawdziwy hotel miliongwiazdkowy.
Noc spędzamy w jurcie, śpiąc na materacach w ciepłych śpiworach. W środku jest przytulnie, choć jedynym źródłem ciepła jest niewielki piecyk. Opalany jest on… wysuszonymi odchodami krów, które w wielu wysokogórskich regionach Azji Centralnej są tradycyjnym i bardzo skutecznym paliwem. W miejscach, gdzie brakuje drzew, to właśnie one od pokoleń zapewniają ciepło pasterskim rodzinom.
Zmęczeni całodziennym marszem zasypiamy szybko. W ciszy gór, pod milionem gwiazd.
Poranek w Yurt Camp Keneshbek zaczynamy od prostego, ale sycącego śniadania. W powietrzu wciąż czuć chłód nocy, a nad doliną powoli pojawia się pierwsze słońce. Pakujemy plecaki i ruszamy w drogę – przed nami ostatni dzień trekkingu.
Szlak prowadzi nas przez niewielką rzekę, szerokie polany i coraz bardziej strome podejścia. Krajobraz jest surowy, ale jednocześnie niezwykle piękny – zielone pastwiska przeplatają się z kamienistymi zboczami, a gdzieś w oddali widać kolejne pasma gór.
Naszym celem jest przełęcz Sary-Mogol, położona na wysokości około 4300 metrów n.p.m. Podejście jest wymagające, ale atmosfera na szlaku jest świetna. Po drodze mijamy grupę rowerzystów, którzy z ogromnym wysiłkiem pchają swoje rowery pod górę. Wydaje się, że w tej konkurencji mamy przewagę… przynajmniej do momentu, kiedy na zjeździe mijają nas z zawrotną prędkością, znikając gdzieś w dole doliny.
Po przekroczeniu przełęczy zaczynamy długie zejście. Na jednej z szerokich polan robimy przerwę na lunch. Siedzimy w trawie pełnej dzikiej cebuli, która rośnie tu dosłownie wszędzie. Wokół spokojnie spacerują ogromne jaki – powolne, majestatyczne zwierzęta, które doskonale wpisują się w surowy krajobraz tych gór.
Nasz posiłek, jak przez cały trekking, organizowany jest w niezwykły sposób. Jeden z przewodników cały czas towarzyszy nam konno, niosąc w jukach zapasy jedzenia. Dzięki temu na polanie pojawiają się jajka, świeże pieczywo i gorąca herbata – prosty, ale idealny posiłek w środku górskiej dziczy.
Po kilku kolejnych godzinach marszu docieramy w końcu do miejsca, gdzie czeka na nas samochód. Znajdujemy się w okolicach niewielkiej osady Nuriman, u wylotu majestatycznego wąwozu, którym schodziliśmy z gór.
Stąd ruszamy już samochodem do pobliskiej miejscowości Sary-Mogol. Po kilku dniach trekkingu chwila na odświeżenie i odpoczynek smakuje wyjątkowo dobrze. Wieczorem zasiadamy do kolacji, a przed nami pojawia się jeden z najbardziej spektakularnych widoków całej wyprawy.
Na horyzoncie wznosi się potężny Szczyt Lenina (7134 m n.p.m.), jeden z najwyższych szczytów Pamiru. Oświetlony ciepłym światłem zachodzącego słońca wygląda niemal nierealnie – ogromny, spokojny i dominujący nad całą okolicą.
To jeden z tych momentów w podróży, które na długo zostają w pamięci.