Poranek w Sary-Mogol zaczynamy spokojnie – krótkim spacerem po wiosce, która leży na rozległej dolinie u podnóża jednych z najwyższych gór Pamiru. Po kilku dniach trekkingu to miła chwila, żeby zobaczyć codzienne życie mieszkańców i jeszcze raz spojrzeć na potężne pasma górskie otaczające okolicę.
Niedługo później pakujemy się do samochodu i ruszamy w stronę naszego kolejnego celu – Tulpar Yurt Camp, położonego nad malowniczym jeziorem Tulpar. To jedno z najbardziej znanych miejsc wypadowych dla osób, które chcą zobaczyć z bliska legendarny Szczyt Lenina.
Po przyjeździe rozgaszczamy się w naszych nowych jurtach. Kilka tradycyjnych namiotów rozstawionych nad jeziorem, dookoła ogromna przestrzeń i panorama gór, które wyglądają jakby były na wyciągnięcie ręki. Nie tracimy jednak czasu – pakujemy lekkie plecaki i ruszamy na rekonesans okolicy.
Naszym celem jest pobliski szczyt wznoszący się na wysokość 4133 metrów n.p.m. Podejście nie jest techniczne, ale wysokość daje się odczuć. Każdy krok przypomina, że jesteśmy już naprawdę wysoko w górach. Po drodze zatrzymujemy się co chwilę, żeby podziwiać widoki – doliny, jeziora i ogromne ściany Pamiru.
Na szczycie robimy dłuższą przerwę. Jest czas na zdjęcia, chwilę odpoczynku i podziwianie krajobrazu, który wygląda jak z innego świata.
Zamiast wracać tą samą drogą, schodzimy na drugą stronę góry. Naszym celem jest Tuyuk Camp, gdzie czeka na nas kolejna atrakcja dnia. Na miejscu przygotowane są konie, które mają nas zabrać z powrotem do obozu.
Już z ich grzbietów ruszamy w drogę wzdłuż jeziora Tulpar. Powolna jazda konno podnóżem potężnych gór, z taflą jeziora odbijającą niebo, to jedno z tych doświadczeń, które idealnie oddają klimat Kirgistanu – kraju, w którym koń wciąż jest jednym z najważniejszych środków transportu.
Po powrocie do Tulpar Yurt Camp czeka na nas ciepły posiłek w obozowej mesie. Proste, sycące jedzenie smakuje tutaj wyjątkowo dobrze po całym dniu w ruchu.
Wieczór spędzamy spokojnie – rozmowy, karty i regeneracja przed kolejnym dniem przygody w górach Pamiru.
Poranek w Tulpar Yurt Camp zaczynamy wcześnie. Po szybkim śniadaniu wsiadamy na nasze konie i ruszamy w stronę jednego z najbardziej znanych miejsc w tej części Pamiru – bazy pod legendarnym Szczytem Lenina.
Szlak prowadzi szeroką doliną wzdłuż potoków i pastwisk. Powoli, w rytmie końskich kroków, docieramy do Base Campu pod Szczytem Lenina. To miejsce, z którego co roku ruszają wyprawy próbujące zdobyć ten siedmiotysięcznik o wysokości 7134 metrów n.p.m. Atmosfera jest tu wyjątkowa – mieszanka spokoju, skupienia i górskiej ekscytacji.
Zostawiamy konie i ruszamy dalej już o własnych siłach w stronę Przełęczy Podróżników. Podejście jest strome i kamieniste, ale widoki z każdym krokiem robią się coraz bardziej spektakularne. Tylko jedna osoba pozostaje wierna końskiemu transportowi – jak żartobliwie mówił nasz przewodnik, „dziewuszka na koń”.
Z przełęczy rozciąga się panorama na lodowce i kolejne doliny prowadzące w stronę ogromnego masywu Szczytu Lenina. Ale to jeszcze nie koniec naszej ambicji. Kilkadziesiąt metrów wyżej znajduje się bezimienny szczyt o wysokości około 4200 metrów.
Oczywiście nie możemy go odpuścić.
Kilka chwil później stoimy już na jego wierzchołku, ciesząc się widokiem i momentem, który w takich miejscach zawsze wydaje się trochę nierealny.
Schodzimy na drugą stronę przełęczy i na jednej z trawiastych polan robimy przerwę na lunch. Siedząc w górskiej ciszy jemy posiłek z widokiem na kolejny obóz pod Szczytem Lenina, gdzie przygotowują się kolejne ekspedycje.
Po odpoczynku wracamy na nasze konie i ruszamy w drogę powrotną. Szlak prowadzi przez szeroką polanę porośniętą dziką cebulą – miejsce, które wśród nas szybko zyskuje nazwę Cebulowej Polany.
Pod wieczór docieramy z powrotem do Tulpar Yurt Camp. Dzień był długi i pełen wrażeń, więc zasłużony odpoczynek przychodzi bardzo szybko.
Ale to jeszcze nie koniec świętowania.
Wieczorem wyciągamy karty i… butelkę francuskiego szampana, który przejechał pół świata w plecaku Wojtka tylko po to, żeby właśnie tutaj – u podnóża Pamiru – uczcić tę chwilę.
Toast na wysokości ponad czterech tysięcy metrów smakuje wyjątkowo dobrze.