### Nowy Jork – miasto, które znaliśmy, zanim jeszcze je zobaczyliśmy
Późnym popołudniem lądujemy na lotnisku Newark w New Jersey. Zamiast samochodu wybieramy pociąg – szybko, wygodnie i przede wszystkim bez konieczności mierzenia się od razu z nowojorskim ruchem. Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy już na Manhattanie, a stąd do naszego hotelu przy Broadwayu jest na tyle blisko, że szkoda byłoby korzystać z taksówki.
Decydujemy się więc na pierwszy spacer.
I to jest chyba najlepszy możliwy sposób na rozpoczęcie przygody z Nowym Jorkiem.
Jeszcze dobrze nie wiemy, gdzie jesteśmy, a już otacza nas wszystko to, co przez lata oglądaliśmy na ekranie. Żółte taksówki, tłum przechodniów, światła reklam, charakterystyczne kamienice i wyrastające ponad nimi drapacze chmur. Miasto jest głośne, szybkie i trochę przytłaczające, ale jednocześnie dziwnie znajome.
Na kolację ruszamy w kierunku Times Square. Gdy docieramy na miejsce, robi się już ciemno, a Nowy Jork zaczyna swój nocny spektakl. Gigantyczne ekrany, neony, reklamy i tłumy ludzi sprawiają, że trudno uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Długo spacerujemy wśród świateł, chłonąc atmosferę miasta. Pierwszy wieczór i od razu mamy wrażenie, że trafiliśmy do scenografii filmu.
### Poranek w Central Parku
Następnego ranka zaczynam dzień od biegania w Central Parku. Zanim reszta rodziny wstanie, przygotuje się i pomyśli o śniadaniu, ja jestem już po treningu i wracam do hotelu.
Poranek jest gorący, więc w parku od samego rana pojawiają się dziesiątki, a może nawet setki biegaczy. Przez pewien czas mam wrażenie, że zamiast zwykłego treningu uczestniczę w jakimś ogromnym, niekończącym się maratonie. Biegniemy obok siebie, mijamy się, wyprzedzamy – każdy ma swój rytm, ale wszyscy poruszamy się w tym samym kierunku.
I właśnie tutaj po raz pierwszy naprawdę dociera do mnie niezwykłość tego miejsca. Jestem w Nowym Jorku po raz pierwszy, a jednocześnie mam wrażenie, jakbym znał go od zawsze. Tyle razy widziałem te miejsca w filmach i serialach, że mózg sam podpowiada kolejne obrazy.
W Central Parku niemal od razu przed oczami pojawiają się sceny z „Maratończyka”, a chwilę później oczywiście Kevin z „Kevina samego w Nowym Jorku”. Tyle że tym razem nie oglądamy ich na ekranie. Jesteśmy tutaj naprawdę.
Central Park został zaprojektowany w XIX wieku przez Fredericka Law Olmsteda i Calverta Vaux. Zajmuje aż 843 akry, czyli około 341 hektarów, i miał być dla mieszkańców szybko rozrastającego się miasta czymś w rodzaju kawałka wiejskiego krajobrazu w samym środku metropolii. Co ciekawe, jego alejki, mosty i drogi zaprojektowano tak, aby różne sposoby poruszania się – pieszo, konno czy powozem – możliwie mało sobie przeszkadzały.
Po śniadaniu wracamy tu już wszyscy razem.
### Midtown – od Grand Central do Rockefeller Center
Tym razem przemierzamy Manhattan pieszo. Pierwszym przystankiem jest Grand Central Terminal – jeden z najbardziej charakterystycznych dworców świata.
Wchodzimy do ogromnej hali głównej i przez chwilę po prostu stoimy, patrząc w górę. Trudno się dziwić, że to miejsce tak często pojawia się w filmach. Monumentalna hala, tłum ludzi, charakterystyczny zegar i ogromne okna tworzą jedną z najbardziej rozpoznawalnych przestrzeni Nowego Jorku.
Grand Central oficjalnie otwarto 2 lutego 1913 roku. W dniu otwarcia odwiedziło go ponad 150 tysięcy osób. Dziś nadal jest jednym z najważniejszych punktów komunikacyjnych miasta, ale dla turystów stał się również zabytkiem i atrakcją samą w sobie.
Idziemy dalej w stronę Nowojorskiej Biblioteki Publicznej. Monumentalny budynek przy Fifth Avenue i 42nd Street strzeże wejścia dwoma słynnymi marmurowymi lwami – Patience i Fortitude, czyli Cierpliwością i Męstwem. Ich przydomki pojawiły się w latach 30. XX wieku.
Sama biblioteka jest imponująca. Budynek powstawał przez 16 lat i został otwarty w 1911 roku. W chwili otwarcia był największym marmurowym budynkiem w Stanach Zjednoczonych. Co ciekawe, stanął w miejscu dawnego zbiornika wodnego Croton Reservoir. W pierwszym dniu działalności odwiedziło go nawet 50 tysięcy osób.
W południe przychodzi czas na jedną z najważniejszych atrakcji naszego pierwszego dnia – Top of the Rock.
Wjeżdżamy na taras widokowy Rockefeller Center i nagle cały Manhattan znajduje się pod nami. Taras zajmuje trzy poziomy – 67., 69. i 70. piętro – a najwyższy punkt znajduje się 259 metrów nad ziemią. Z góry mamy idealny widok na Empire State Building, Central Park, Hudson River i otaczające nas morze wieżowców.
To właśnie z Top of the Rock chyba najlepiej widać, czym jest Nowy Jork. Miasto wydaje się nieskończone. Ulice tworzą regularną siatkę, między nimi stoją kolejne wieżowce, a gdzieś w oddali widać nawet Statuę Wolności.
Zaledwie kilka kroków dalej znajduje się katedra św. Patryka. Jej neogotycka bryła wygląda niemal surrealistycznie wciśnięta pomiędzy drapacze chmur. To jedna z tych scen Nowego Jorku, które pokazują, jak niezwykłą mieszanką starego i nowego jest to miasto.
### Wieczór z Hamiltonem
Wieczorem czas na coś zupełnie innego.
Broadway.
Idziemy na „Hamilton” – musical, który dla naszej córki jest jednym z najważniejszych punktów całego wyjazdu. Zosia słucha go właściwie cały czas, zna piosenki, a teraz wreszcie będzie mogła zobaczyć wszystko na żywo.
I chyba właśnie takie chwile są w podróżach najcenniejsze. Nie chodzi tylko o odwiedzenie kolejnego słynnego miejsca. Chodzi o spełnienie czegoś, na co ktoś długo czekał.
Kiedy gasną światła, zaczyna się przedstawienie. Tym razem „Hamilton” nie płynie ze słuchawek czy głośników. Jest tuż przed nami, na żywo, na Broadwayu.
### Śniadanie na trawie
Kolejny dzień znowu zaczynamy w Central Parku. Tym razem już nie samotnie.
Kupujemy śniadanie na wynos i znajdujemy kawałek trawy, gdzie możemy usiąść. Dookoła nas nadal jest Nowy Jork, ale tutaj jego tempo jakby trochę zwalnia. Leżymy na trawie, jemy śniadanie i patrzymy na ludzi przechodzących alejkami.
Trudno uwierzyć, że kilka minut spaceru dzieli nas od jednego z najbardziej zatłoczonych centrów wielkiego miasta.
Potem ruszamy przed siebie. Central Park wydaje się nie mieć końca. Alejki prowadzą przez drzewa, obok stawów, skał, mostów i polan. Co chwilę zmienia się krajobraz i łatwo zapomnieć, że jesteśmy w samym centrum Manhattanu.
Park każdego roku odwiedzają go dziesiątki milionów ludzi. Rośnie tu ponad 18 tysięcy drzew, a park jest również ważnym miejscem odpoczynku dla ptaków migrujących wzdłuż Atlantic Flyway.
Dla nas Central Park staje się jednak czymś więcej niż tylko atrakcją. To miejsce, do którego chce się wracać.
### Nowy Jork jak z serialu
Kolejne godziny spędzamy trochę inaczej. Zamiast zwiedzać kolejne zabytki, ruszamy śladami naszych ulubionych seriali.
Kasia ciągnie nas na Lexington Avenue – w miejsce kojarzące się z „Seksem w wielkim mieście”. Zosia ma natomiast swój własny cel – miejsce związane z „Przyjaciółmi”.
To zabawne uczucie chodzić po mieście i co chwilę rozpoznawać miejsca, które wcześniej istniały dla nas wyłącznie na ekranie. Nowy Jork okazuje się nie tylko miastem wieżowców i muzeów. To także miasto popkultury, którego fragmenty każdy z nas nosi w pamięci.
### Deszcz wśród dinozaurów
Po południu zaczyna padać.
To jednak w Nowym Jorku nie jest wielki problem. Chowamy się w American Museum of Natural History.
I szybko okazuje się, że deszcz był właściwie prezentem.
Muzeum jest ogromne. Można tu spędzić wiele godzin i wciąż mieć poczucie, że zobaczyło się tylko fragment ekspozycji. Największe wrażenie robią oczywiście dinozaury. W muzealnych salach znajduje się około 100 okazów dinozaurów, a większość prezentowanych skamieniałości to prawdziwe skamieniałości, a nie kopie. Jednym z najbardziej spektakularnych eksponatów jest mierzący 122 stopy, czyli ponad 37 metrów, tytanozaur.
Dla dzieci – i nie tylko dla nich – to prawdziwa podróż w czasie.
### Statua Wolności
Następny dzień zaczynamy od symbolu Nowego Jorku.
Płyniemy na Liberty Island.
Kiedy zbliżamy się do wyspy, Statua Wolności zaczyna rosnąć przed nami. Z daleka wygląda znajomo, niemal jak obrazek z pocztówki. Z bliska jej rozmiar robi jednak zupełnie inne wrażenie.
Statua, której oficjalna nazwa brzmi „Liberty Enlightening the World”, była darem Francji dla Stanów Zjednoczonych. Uroczyście odsłonięto ją 28 października 1886 roku. Sama figura ma ponad 46 metrów wysokości, a wraz z cokołem mierzy ponad 93 metry. W lewej ręce trzyma tablicę z datą 4 lipca 1776 roku, czyli datą Deklaracji Niepodległości.
Jej zielony kolor też nie był zamierzony. Zewnętrzna warstwa wykonana jest z miedzi, która z czasem naturalnie pokryła się patyną. Początkowo Statua miała kolor zbliżony do miedzianego brązu.
Po powrocie na Manhattan ruszamy na Wall Street.
To właśnie tutaj czujemy klimat „Wilka z Wall Street”. Wąskie uliczki Lower Manhattan, monumentalne biurowce, Trinity Church i tłum ludzi w garniturach tworzą zupełnie inną twarz Nowego Jorku niż ta, którą oglądaliśmy wcześniej.
W Trinity Church odnajdujemy również grób Alexandra Hamiltona – jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych i bohatera musicalu, który oglądaliśmy poprzedniego wieczoru.
### 9/11 – zupełnie inny Nowy Jork
Po obiedzie przychodzi czas na miejsce, które trudno porównać z czymkolwiek innym.
9/11 Memorial & Museum.
Sam pomnik robi piorunujące wrażenie. W miejscach, gdzie kiedyś stały dwie wieże World Trade Center, znajdują się dwa ogromne kwadratowe baseny. Woda spływa po ich wszystkich ścianach, a następnie znika w czarnej otchłani pośrodku.
Każdy z basenów ma niemal akr powierzchni i znajduje się dokładnie w miejscu dawnej wieży. Wokół nich wyryto nazwiska ofiar zamachów z 2001 roku oraz zamachu z 1993 roku. Całość zaprojektowano jako „Reflecting Absence” – widoczną pustkę po wieżach i ludziach, którzy zginęli.
Wchodzimy również do muzeum.
To już nie jest zwykłe zwiedzanie. To miejsce skłania do zatrzymania się i myślenia. Oglądamy przedmioty, fotografie i pozostałości po budynkach, poznajemy historie ludzi, którzy tego dnia byli w Nowym Jorku, samolotach, strażach pożarnych i policji.
Po wyjściu długo jeszcze chodzimy po Lower Manhattan. Miasto żyje swoim zwykłym rytmem, ale w nas zostaje zupełnie inny nastrój. Zamiast kolejnej atrakcji potrzebujemy po prostu spaceru.
Patrzymy na monumentalną architekturę, zaglądamy do sklepów, robimy zakupy i próbujemy na nowo oswoić się z tym miastem.
### Brooklyn i najlepszy widok na Manhattan
Kolejny dzień zaczynamy po drugiej stronie East River.
Brooklyn.
Mosty są oczywiście jednym z naszych głównych celów. Spacerujemy po DUMBO, fotografujemy Brooklyn Bridge i Manhattan Bridge, zaglądamy na pchli targ i szukamy pamiątek.
A potem przychodzi czas na jeden z najlepszych widoków całej podróży.
Manhattan oglądany z Brooklynu wygląda zupełnie inaczej. Zamiast patrzeć na wieżowce z dołu, możemy zobaczyć całą panoramę miasta. Rzeka, mosty i wyrastające za nimi drapacze chmur tworzą obraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym miejscem na świecie.
Po intensywnym spacerze trzeba oczywiście ugasić pragnienie. Znajdujemy lokalny browar Brooklyn, odpoczywamy i pozwalamy nogom trochę odpocząć.
Na obiad ruszamy do Chinatown i Little Italy. Znowu zmienia się atmosfera, język na ulicach, zapachy i jedzenie. Nowy Jork po raz kolejny pokazuje, że jest właściwie wieloma miastami w jednym.
Wieczorem jeszcze raz wracamy w okolice Brooklyn Bridge.
Tym razem jest już ciemno.
Światła Manhattanu odbijają się w wodzie, most jest pięknie podświetlony, a nad nami wyrastają ściany wieżowców. Stoimy, patrzymy i chyba po raz kolejny próbujemy zapamiętać ten widok.
### Empire State Building
Nasz ostatni dzień w Nowym Jorku zaczynamy od kolejnego symbolu miasta – Empire State Building.
Ten budynek zna chyba każdy. Nawet jeśli nigdy wcześniej nie był w Nowym Jorku.
Empire State Building został otwarty 1 maja 1931 roku. Ma 102 piętra i w chwili powstania był najwyższym budynkiem świata. Na tej pozycji pozostał przez prawie czterdzieści lat.
Wjeżdżamy na górę i po raz kolejny patrzymy na Manhattan z wysokości. Tym razem jednak perspektywa jest zupełnie inna niż z Top of the Rock. Tutaj możemy podziwiać przede wszystkim panoramę z Empire State Building w samym środku kadru.
Później odwiedzamy jeszcze miejsce związane z „Przyjaciółmi”. Dla Zosi to obowiązkowy punkt programu – kolejny raz przekonujemy się, że Nowy Jork można zwiedzać nie tylko śladami historii, ale również śladami ulubionych bohaterów.
Wieczorem robimy coś, co przez kilka dni stało się już niemal naszym rytuałem.
Wracamy na Empire State Building.
Tym razem po zmroku.
Manhattan rozświetla się tysiącami świateł. Ulice wyglądają jak świecąca sieć, między wieżowcami migają samochody, a wysoko pod nami miasto nadal żyje swoim niekończącym się rytmem.
Stajemy i patrzymy.
To nasz ostatni wieczór w Nowym Jorku.
Przez kilka dni zobaczyliśmy chyba wszystko, co chcieliśmy zobaczyć – Central Park, Times Square, Broadway, Wall Street, Statuę Wolności, mosty, muzea i wieżowce. Ale najbardziej zapamiętamy chyba coś innego.
To niesamowite uczucie, kiedy przyjeżdżasz po raz pierwszy do miasta, które przez całe życie znałeś z filmów, seriali i zdjęć.
A potem nagle okazuje się, że wszystkie te miejsca naprawdę istnieją.
I że właśnie nimi spacerujesz.
Jutro rano żegnamy Nowy Jork. Wsiadamy do pociągu i ruszamy na południe.
Kolejny przystanek – Waszyngton.